Na fali dobrego humoru i kolejnego źródła inspiracji (krótka wycieczka autostopem do Francji) uznałem, że trójka moich czytelników (ja, moja przyszła żona i obecna mama) nie może dłużej czekać. Szanuję swoich fanów (fanki?), dlatego postanowiłem pochwalić się moim najnowszym osiągnięciem. Owszem, trochę to zajęło, ale koniec końców udało się. Po miesiącach odkładania roboty fotel spotkał swoje przeznaczenie. Odarty ze starego lakieru, wyszlifowany i polakierowany stelaż został w końcu połączony z siedziskiem i oparciem. Jak to wyszło? Moim zdaniem całkiem sexy. Jestem bardzo zadowolony, zwłaszcza że w procesie odnawiania nie używałem elektronarzędzi. Wszystko zrobiłem za pomocą moich niezbyt spracowanych, ale dość zręcznych rąk.

Ten efekt bardzo mi się podoba. Uwielbiam drewno bukowe niebarwione żadną bejcą, a jedynie pokryte możliwie najmniej połyskowym lakierem. Ten tutaj to satyna. Więcej o moim pierwszym kroku przy odnawianiu tutaj. Materiał wybrałem na warsztatach tapicerskich, pisałem już o nim w tym miejscu.

Nie ma chyba sensu rozpisywać się o zaletach i historii tej ikony PRL-u. Kto chciałby wzbogacić się o ogromną dawkę wiedzy, polecam ten artykuł. Jest tam bardzo rzetelnie opisana cała dostępna na ten moment historia tego fotela. Przy okazji nie zaszkodzi zarzucić kodem modelu, bym nie został posądzony o nieodrabianie pracy domowej: ŚFM 300-190/Lis (Świdnickie Fabryki Mebli wzór 300-190, zaprojektowany przez Henryka Lisa).

Na koniec dodam, że dokładnie ten fotel w tym momencie cieszy oko i tylne partie ciała za wielką wodą.